Optical Sun – Diabeł
(5 lutego 2026, napisał: Prezes)

Nie będę ukrywał – ta recenzja pisała się długo. „Diabeł” to materiał, który wymyka się prostym opisom i od początku sprawiał wrażenie płyty „nieoczywistej”. Niby wszystko tu jest na swoim miejscu, a jednak trudno było znaleźć punkt zaczepienia, od którego można by ten album uczciwie rozebrać na czynniki pierwsze. I to w sumie dobrze oddaje jego charakter.
Pierwsze wrażenie? Zniechęcające. Okładka jest zupełnie nijaka – niby drobiazg, ale jednak potrafi ustawić słuchacza mentalnie na tryb „meh”, jeszcze zanim cokolwiek wybrzmi z głośników. Na szczęście muzyka dość szybko pokazuje, że nie warto poprzestawać na tym wrażeniu.
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów „Diabła” są mówione sample, w tym fragmenty filmu „Diabeł” Andrzeja Żuławskiego. Zabieg znany, wielokrotnie eksploatowany, ale tutaj zastosowany z wyczuciem. Sample nie są ozdobnikiem ani tanim efektem – są integralną częścią narracji, wchodzą w strukturę utworów i realnie budują klimat. I robią to skutecznie. Naprawdę skutecznie. Muzycznie mamy do czynienia z rzetelnym połączeniem sludge’u i doom metalu, opartym na przydymionych, ciężkich riffach. Te riffy momentami sugerują wręcz południowy luz, ale to tylko pozór. Zamiast stonerowej swobody dostajemy napięcie, niepewność i poczucie, że coś niewypowiedzianego czai się tuż za rogiem. Ten kontrast działa na korzyść płyty i sprawia, że całość ma wyraźnie niepokojący charakter. Wokale odgrywają tu kluczową rolę – są mocne, charakterystyczne i razem z samplami tworzą właściwy ciężar emocjonalny albumu. W wielu momentach to właśnie głos i filmowe wstawki robią cały klimat, spychając same riffy na dalszy plan. I tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Bo niestety – spora część materiału przelatuje. Po kilkunastu odsłuchach w głowie zostają przede wszystkim te przeklęte dialogi z filmu, a nie konkretne, imponujące motywy gitarowe. Muzyka jest solidna, ale rzadko zapada w pamięć. Nawet gdy pojawiają się skojarzenia – choćby z wolniejszym, bardziej „południowym” Orgasmatronem Motörhead, albo riffy wręcz Sabbathowe – są one raczej punktowe niż definiujące całość. „Diabeł” nie jest więc płytą, która uderza od pierwszego kontaktu. To album wymagający czasu, skupienia i kilku odsłuchów, by w ogóle zaczął się układać. I nawet wtedy nie oferuje rewelacji, nie objawia się jako dzieło wybitne czy przełomowe. Ale… coś w sobie ma. Klimat, konsekwencję, pomysł na narrację i wyraźną tożsamość.
Podsumowując: „Diabeł” to spoko płyta, do przesłuchania, raczej dla tych, którzy cenią atmosferę i nieoczywiste napięcie bardziej niż natychmiastową chwytliwość. Nie wszystko tu działa tak, jak powinno, ale całość broni się klimatem. A czasem właśnie to „coś”, czego nie da się łatwo nazwać, jest największą zaletą.
Wyd. self-released, 2025
Lista utworów:
1. Strach
2. X
3. Mój Bóg Nie Umarł
4. Z Głębi Ran
5. Morte
6. Do Krwi
7. Spowiedź Oszukanego
8. Diabeł
9. Gasnące Kolory
Ocena: 7/10
































