Ohyda – Zbezczeszczone świętości
(19 grudnia 2025, napisał: Prezes)

Po trzech EP-kach Ohyda wreszcie uderza z pełnym materiałem i trzeba od razu zaznaczyć jedno: jeśli ktoś liczył na jakąkolwiek korektę kursu, wygładzenie krawędzi czy choćby minimalne ukłony w stronę współczesnych trendów — to trafił pod bardzo zły adres. „Zbezczeszczone świętości” to album, który nie próbuje nikogo przekonać, nie szuka nowej publiczności i nie sili się na oryginalność. To płyta, która od pierwszych minut komunikuje jasno: albo jesteś z nami, albo wypierdalaj.
Zmieniła się nieco estetyka wizualna — okładki wcześniejszych EP-ek były ze sobą bardzo spójne (lubię takie smaczki), teraz mamy delikatne odejście w inną stronę — ale muzycznie wszystko pozostaje dokładnie tam, gdzie było. Mroźny, chłodny, klasyczny black metal norweskiej szkoły, bez kompromisów i bez cienia nowoczesności. To granie, które równie dobrze mogłoby ukazać się trzydzieści lat temu i absolutnie nic by na tym nie straciło. Wręcz przeciwnie — ta muzyka żyje właśnie dzięki temu, że odcina się od teraźniejszości.
Brzmieniowo jest ohydnie — i to jest komplement. Surowe, bardzo żywe, momentami wręcz prymitywne, bez najmniejszego śladu cyfrowej sterylności czy studyjnych wygładzeń. Gitary są toporne, riffy proste, wręcz ordynarne, pozbawione melodii, które można by zanucić czy zapamiętać. W tle majaczą klawisze, ale nie w formie linii melodycznych — raczej jako rozmyta, mglista warstwa podkreślająca chłód i nienaturalność całości. To nie są klawisze „dla klimatu”, tylko kolejny element budujący mur nieprzystępności.
Wokale to temat, który może podzielić nawet tych, którzy do black metalu podchodzą bez sentymentów. Są chore, drażniące, odpychające, momentami wręcz irytujące — ale dokładnie takie miały być. One nie prowadzą narracji, nie „niosą” utworów, tylko plują jadem, dokładając kolejną warstwę wrogości. Jeśli kogoś to męczy — znaczy, że działa. Ten album nie ma sprawiać przyjemności, tylko testować odporność słuchacza. Całość jest pod tym względem niezwykle spójna: graficznie, muzycznie i brzmieniowo. „Zbezczeszczone świętości” to absolutnie anty-nowoczesny black metal, który hołduje klasyce nie dlatego, że „tak wypada”, tylko dlatego, że innej drogi po prostu nie uznaje. Tu nie ma miejsca na półśrodki, ironiczne dystanse czy zabawy konwencją. Jest za to szpetny black metal w pierwotnej formie, skierowany do bardzo wąskiej grupy odbiorców.
To album tylko dla die-hardów. Dla tych, którzy nie oczekują melodii, postępu ani świeżości. Dla tych, którzy nie boją się, gdy z głośników leci w ich stronę bezpośrednie „fuck off and die!”. Ohyda nie zaprasza do dyskusji. Ohyda wyraża swoje zdanie, a zdanie innych ma w dupie.
Wyd. Wolfspell Records, 2025
Lista utworów:
1. Świętokradztwo
2. Krocząc ciemną doliną
3. Blask nieistnienia
4. Ohydny taniec
5. Zapomniany grób ludzkości
6. Niechciane bękarty nieistniejącego boga
7. Modlitwa
8. Koniec jest wieczny
Ocena: +7/10
































