IN THE NAME OF GOD – FACES
(25 listopada 2025, napisał: Robert Serpent)

In the Name of God to zespół, który od dobrych kilkunastu lat tworzy swoją muzykę. Nie miałem wcześniej okazji zmierzyć się z dokonaniami chłopaków, poczytałem sobie trochę, popytałem wujka Google i mniej więcej wyrobiłem sobie jakiś tam punkt odniesienia. Żałuję, że nie słyszałem wcześniejszych materiałów, bo ciężko mi się ustosunkować do tego co In the Name of God tworzył wcześniej, a mogę jedynie zabrać głos na temat tego co dostajemy na „Faces”.
Pierwsza sprawa jaka rzuca się w oczy to długa przerwa wydawnicza dzieląca trzeci album zatytułowany „We Are the War”, a „Faces”, który jak łatwo się domyślić jest czwartą płytą w dorobku In the Name of God. O ile wcześniejsze materiały były wydawane dosyć regularnie, tak osiem lat przerwy między wspomnianymi wyżej albumami to spory kawałek czasu. Nie znam przyczyn takiego stanu rzeczy, ale pewnie tzw. proza życia codziennego odegrała tutaj sporą rolę. Tak czy inaczej panowie mieli sporo czasu na nagranie „Faces” i bardzo dobrze, że nie przyszło im do głowy poddanie się i zawieszenie instrumentów na przysłowiowym „kołku”.
„Faces” to osiem kompozycji o łącznym czasie trwania nieco ponad 50 minut, a więc otrzymujemy całkiem sporo muzyki. Jak wyczytałem, od jakiegoś czasu In the Name of God zaostrza swoją muzykę i niestety ciężko mi się do tego ustosunkować nie znając wcześniejszych dokonań, ale „tu i tam” zespół ma przypiętą łatkę thrash metalową. Być może takie są korzenie kapeli, ale ja na „Faces” słyszę całkiem sporo death metalu. Już na początku „przygody” z tym materiałem dostałem mocno po uszach dzięki rozpoczynającemu album „Elite Murder Society” i szczerze powiedziawszy spodziewałem się nieco mniejszego wpierdolu. Dalej wcale nie jest gorzej, weźmy taki „Night of Confession” (w którym można usłyszeć tzw. „świnię” na wokalu), czy świetny „Throne of Fire”. Ogólnie partie wokalne (i nie tylko) odrobinę przypominają dokonania Aborted i potraktujcie to jako rodzaj pewnego kierunkowskazu dla potencjalnego słuchacza. Warto zwrócić uwagę na popisy solowe gitarzystów, jest ich pod dostatkiem i bardzo ubarwiają muzykę zespołu. Trzeba również zaznaczyć, że In the Name of God nie stroni od polewania swojej muzyki melodiami, co jakiś czas zrywając się jednak do szaleńczych, death metalowych ataków i przyznam szczerze, że oprócz wspomnianych gitarowych solówek, to właśnie te fragmenty najbardziej przypadły mi do gustu.
Na pewno „Faces” jest materiałem udanym. Nie da się uniknąć wrażenia, że zespół pokazuje na nim coś na kształt dwóch (nomen omen) twarzy. Momentami In the Name of God brzmi jakby zastanawiał się, w którym kierunku podążyć ze swoją muzyką i zdarzają się partie odrobinkę zamulające, że tak to określę i po obiecujących fragmentach nagle zaciąga coś na kształt hamulca ręcznego. To te fragmenty nieco wybijają słuchacza z rytmu, na szczęście są to epizody. Nie chciałbym być źle zrozumiany, bo płyty słucha się przyjemnie, ale uważam, że lepszym kierunkiem jest zbrutalizowanie swojej muzyki i to te szybsze fragmenty zostają na dłużej w pamięci. Czas trwania albumu też jest dość ryzykownym posunięciem, gdyby album był odrobinę krótszy, mógłby mieć większą siłę rażenia.
Reasumując, „Faces” to naprawdę dobry i udany materiał, który na każdym kroku pokazuje, że twórcy są ukształtowanymi i utalentowanymi muzykami. Na pewno znajdzie spore grono odbiorców. Z tego co widzę In the Name of God często prezentuje się na deskach i można na żywo sprawdzić formę zespołu, do czego zachęcam.
Wyd. własne zespołu, 2025
Lista utworów:
1. Elite Murder Society
2. Night of Confession
3. Disintegrated
4. The Last Breath of Humanity
5. Pretending of Life
6. Throne of Fire
7. Killer Instinct
8. Faces
Ocena: +7/10
































