AMOCLEN – GRINDCORIZATION
(12 września 2025, napisał: Robert Serpent)

Jakby w lubianym i popularnym teleturnieju, w którym można wygrać całkiem przyjemną sumkę srebrników, padło pytanie z czego znani są Czesi, podejrzewam, że odpowiedź mogłaby brzmieć „lubiany w pewnych kręgach grindcore”.
Amoclen to weterani sceny czeskiej, ale niech nikogo specjalnie nie zdziwi fakt, że ci Czesi są dla mnie zupełnie anonimowi. Bez ściemy, prosto z mostu, nie przepadam specjalnie za rodzajem muzyki jakim para się Amoclen. Owszem, znajdą się u mnie niektóre klasyki z tym rodzajem muzyki relaksacyjnej, ale nie jest ich wiele, a w dodatku raczej rzadko do nich wracam.
Jak podpowiedział dobrze zorientowany znajomy (internet), Amoclen napierdala sobie od 20 lat i co jakiś czas to swoje napierdalanie przedstawia światu, a to za pomocą nagrań studyjnych, a to za pomocą sztuk teatralnych, zwanych koncertami. Nie mogę „srać żurem” i walić komplementami, że zostałem wgnieciony w fotel i pieje z zachwytu słuchając „Grindcorization”, ponieważ tak nie jest. Czesi właściwie niczym nie odróżniają się od wielu kapel tego typu i muzyka prezentowana przez Amoclen jednym uchem wpada, zaś drugim momentalnie wylatuje. Jest intensywna, pojawiają się wstawki w języku południowych sąsiadów, w poszczególnych kawałkach słuchacz otrzymuje zróżnicowane wokale, od histerycznych krzyków, po niski growl. Tempa raczej szybkie i bardzo szybkie, z okazjonalnymi zwolnieniami. Właściwie mamy tutaj wszystko za co jedni kochają (a inni niekoniecznie) grindcore. Ja raczej zaliczam się do tego drugiego grona odbiorców i niestety Amoclen nie jest w stanie tego zmienić. Nawet specjalnie nie ma się o czym rozpisywać, bo mniej więcej otrzymałem taki materiał jakiego się spodziewałem przed pierwszym przesłuchaniem. Nie piszę tego złośliwie, piszę szczerze. Dla mnie osobiście najciekawsze są zwolnienia, których jest niestety dosyć mało.
Jak widać poniżej, album zawiera 17 utworów (wliczając „Intro”), a czas w jakim wszystko się zamyka to nieco ponad 19 minut. To daje obraz intensywności muzyki, z której niestety po zakończeniu odsłuchu zapamiętam jedynie wspomniane już nieco wyżej wstawki w języku czeskim. Jeśli czytają to lekomani lub osoby interesujące się różnego typu specyfikami dostępnymi (lub nie) w aptekach, to panowie z Amoclen służą radą. Ja dowiedziałem się przykładowo co to jest Klabax, Levamisol i inne „cuda”.
Pozycja zdecydowanie dla fanów gatunku i stałych bywalców festiwali pokroju Obscene Extreme. Grindcore jest specyficzny i jeśli ta specyfika do kogoś trafia, to Amoclen powinien być (patrząc na staż sceniczny bardzo możliwe, że już jest) w kręgu jego zainteresowań. Ja przesłuchałem kilka razy i po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że nadajemy na odmiennych falach.
Wyd. Defense/Maximed Records, 2024
Lista utworów:
1. Intro
2. Levamisol
3. Lexaurin
4. Sudafed
5. Heparin
6. Inzulin
7. Galactomin
8. Desomorfin
9. Klabax
10. Kevadon
11. Salvarsan
12. Xylazine
13. Dogmatil
14. Xanax
15. Ritalin
16. Remdesivir
17. Nembutal
Ocena: +5/10
































