Strahor – Wolfborn: In the Land of the Fallen
(23 stycznia 2022, napisał: Prezes)

Strahor (a w zasadzie Страхор) to jednoosobowy projekt, którego pomysłodawcą jest Serb, niejaki Volkh. „Wolfborn: In the Land of the Fallen” to jego trzeci pełny album pod tym szyldem, choć po drodze nazbierało się już też kilka pomniejszych wydawnictw. Szczerze mówiąc pewnie nadal nie wiedziałbym o istnieniu tego tworu gdyby nie Zły Demiurg, czyli nasz rodzimy wydawca, który wypuścił ten właśnie materiał na kasecie w ścisłym limicie 66 kopii. Tyle tytułem wstępu, teraz o samej muzyce… Już na dzień dobry przyznać muszę, że materiał ten wydał mi się dość wtórny i przewidywalny, ale (uwaga!) TO NIE JEST WADA. Strahor porusza się po rejonach melodyjnego black metalu, który swoje największe triumfy święcił pod koniec lat 90. Wystarczył dosłownie jeden odsłuch bym mógł ze stanowczością stwierdzić, że ten materiał mi się po prostu podoba. Z jednej strony to dobrze, bo czasem fajnie jest wpaść w muzykę jakiegoś nieznanego zespołu i odnaleźć się w niej od razu, z drugiej jednak strony zachodzi obawa, że coś co szybko się spodobało, równie szybko się znudzi. Z tym materiałem na szczęście tak nie jest bo mam już za sobą chyba z kilkadziesiąt odsłuchów i „Wolfborn…” nadal wydaje mi się interesujący. Dużo tu dobrych riffów, operujących na sporych prędkościach, dużo też świetnych, melodyjnych, ale nie przesłodzonych motywów i solówek. Podoba mi się też dynamiczna (choć w tych szybszych motywach wpadająca w monotonię) praca sekcji rytmicznej. Dobre wrażenie robi też podniosły, podkręcany okazjonalnymi zwolnieniami klimat, którego kulminacją jest utwór tytułowy. „Wolfborn” to niemalże patetyczny kolos, który dość odważnie podpiera się orkiestracjami – wychodzi to wszystko naprawdę dobrze i nie wieje wiochą jarmarcznych melodyjek i przesłodzonych klawiszy. Przyzwoicie prezentują się też wokale, choć tutaj raczej nie ma co się spodziewać czegoś więcej, niż tylko typowe blackowe screamy. Rzeczą, która najmniej mi odpowiada na tym krążku jest jego brzmienie. Brzmi wszystko jakoś tak sucho, płasko i bez jajec. Gdyby dorzucić tu nieco przestrzeni, a na gitary nałożyć więcej mocy i ciężaru to całość miałaby chyba większą siłę rażenia. Wiadomo, że wszystkie te solówki i gitarowe smaczki potrzebują selektywności a nie ściany dźwięku, ale mimo wszystko coś bym w tym nijakim brzmieniu zmienił… Tak czy inaczej materiał ten jest z pewnością warty uwagi, szczególnie dla wielbicieli klasycznego skandynawskiego melodic black metalu.
Wyd. Zły Demiurg, 2021
1. Deathless Dream
2. Undying Lust
3. September’s Nights
4. My Last Breath
5. Wolfborn
6. Forgotten Glory
7. Among Nightmares
Ocena: -8/10

































