Sicphorm – Wake up
(16 marca 2016, napisał: Pudel)

Nie tak dawno na łamach jednego z niezbyt mądrych portali opublikowano „artykuł” z miliardem slajdów i zdjęć, który miał nam, czytelnikom uświadomić, że lata dziewięćdziesiąte nie były „dziesięć lat temu”. Niby bzdura, ale sam się łapię na tym, że wydaje mi się, że Mistrzostwa Świata we Francji (1998) były „niedawno” a większe kwoty nadal w głowie przeliczam na „miliony”. Mówiąc krótko – czas zapieprza strasznie. Piszę o tym w tym miejscu dlatego, że wrocławski Sicphorm gra „groove metal”. Styl przez wielu uważany nadal za „nowomodne gówno” i takie tam. A chyba warto sobie uświadomić, że np. takie Deftones gra już 28 lat. Debiut Korna ukazał się 22 lata temu. Płycie „Roots” Sepultury, która znacząco przyczyniła się do rozpropagowania tego typu dźwięków w tym roku stuknęła dwudziestka. I tak dalej, i tak dalej. Tak więc pewnie dla nieco młodszych metalowców te kapele to już coś na kształt tego czym dla nas była Metallica czy Slayer. Tak mnie wzięło na tego typu przemyślenia, no bo odpalam sobie ten „Wake up” Sicphorma i jest tu wszystko co ten „groove metal” definiuje – cholernie dużo dołu, masywne, ciężkie riffy, skandowany wokal + czyste charakterystyczne zaśpiewy i brzmi to wszystko… no właśnie, wcale nie nowocześnie, tylko stylowo i tak jakoś się przyjemnie na duszy zrobiło, że ktoś tak jeszcze gra, bo jest to jakaś odmiana od tych wszystkich stonerów, atmosferycznych bleków i post – niewiadomoco, których teraz chyba najwięcej nam przyłazi do recenzji. Przede wszystkim kapela przez większą część materiału idzie ostro do przodu, pierwszy kawałek od razu przywołuje ducha Sepultury, przy czym umiejscowiłbym ten numer gdzieś pomiędzy „Chaos AD” a „Roots”… i może jeszcze wczesnym Machine Head ;). „Corruption” z kolei to również kawał porządnej chamówy, gdzie z kolei jakby trochę słychać Flapjack albo Acid Drinkers z czasów „High proof” czy „Broken Head”. „Crusade” wita nas z kolei wokalem a’la Korn czy nawet Deftones, muzycznie to nadal jednak solidny napierdol. W połowie płyty chwilę wytchnienia przynosi nieco bardziej pokombinowany „The Outry”, gdzie jednak widziałbym trochę inny wokal, ale nie jest źle i tak. Kolejne numery to znów jazda w takim klimacie, jak pisałem na początku, z kolejnymi przesłuchaniami odnajduję tu coraz więcej thrashowych pierwiastków. Na sam koniec panowie serwują kolejny „oddech” w postaci balladowego „Lost”, pobrzmiewającego nieco grunge’owo… i trochę jednak usypiającego. Ogółem płyty naprawdę fajnie się słucha, choć charakter muzyki jest taki, że dla niektórych będzie to nie do przejścia i już – brak solówek i dużo „szarpania” po prostu nie musi się podobać. Przyznam jednak, że o ile praktycznie wcale nie słucham takiej muzyki, tak przy „Wake up” bawiłem się całkiem nieźle.
Wyd. własne zespołu, 2015
Lista utworów:
1. Marasm
2. Corruption
3. Crusade
4. Paranoia
5. The Outcry
6. Hangman
7. No One
8. Wake Up (The Taxpayer Lament)
9. Lost
Ocena: +7/10
