Czarna Jucha – Zły duch
(18 stycznia 2026, napisał: Prezes)

Czarna Jucha to projekt Gregora, postaci doskonale znanej z wielkopolskiego podziemia i związanej z takimi nazwami jak Annihilation Vortex, Bloodstained, Old Skull, Ur czy przede wszystkim Martwa Aura. Tym razem jednak Gregor wyskakuje z czymś zupełnie nowym — i robi to bez ostrzeżenia. Żadnych demówek, żadnych EP-ek na rozgrzewkę, od razu pełnoczasowy album. I trzeba mu oddać, że jest to wejście z drzwiami, futryną i kawałkiem ściany.
Przyznam szczerze: ten materiał mocno mnie zaskoczył. Patrząc na okładkę, spodziewałem się raczej czegoś prymitywnego, archaicznego, może surowego grania w duchu najczarniejszego undergroundu. A tymczasem Zły duch okazał się płytą niezwykle bogatą, wielowymiarową i… po prostu bardzo dobrą. Trudno ją jednoznacznie zaszufladkować, bo ta muzyka to prawdziwy tygiel, do którego wrzucono różne elementy ekstremalnego metalu. I co najważniejsze — mimo tego urozmaicenia całość brzmi zaskakująco spójnie. Nie ma tu wrażenia przypadkowego zbioru pomysłów czy „pozszywanych” kawałków z różnych parafii. Wszystko układa się w jedną, logiczną opowieść.
Największą siłą albumu jest praca gitar. Jest tu wszystko, czego można oczekiwać od dojrzałego, świadomego grania: nośne, soczyste riffy, szybkie i agresywne tremola, ale też przestrzenne pasaże i wręcz magiczne solówki. Te partie są nie tylko efektowne, ale przede wszystkim zapadają w pamięć i budują klimat. W kilku momentach, szczególnie tam, gdzie pojawiają się rozbudowane solówki, miałem bardzo wyraźne skojarzenia z Chapel of Disease — tym ich specyficznym połączeniem ciężaru, melodii i pewnej melancholijnej aury, która dziesięć lat temu zrobiła na mnie spore wrażenie. Tutaj ten duch również się pojawia, choć oczywiście w zupełnie innym, autorskim kontekście.
Kompozycje są rozbudowane, przemyślane, a przy tym zaskakująco… przebojowe. Momentami aż bezczelnie. Są tu fragmenty, które mocno wchodzą do głowy i nie chcą z niej wyjść — i co ciekawe, nie jest to efekt chwilowego „pierwszego wrażenia”. Słucham tego albumu już kilkanaście tygodni i nadal sprawia mi autentyczną frajdę. Do tego dochodzą wokale, które zasługują na osobny akapit. Są bardzo urozmaicone, charakterystyczne i świetnie dopasowane do tej różnorodnej muzyki. Szczególnie dobrze wypadają wszelkiego rodzaju deklamacje niemal czystym głosem, które fani Martwej Aury mogą już kojarzyć, ale tutaj Gregor sięga po nie znacznie częściej i robi z nich pełnoprawny środek wyrazu. A kiedy wchodzą refreny… no cóż — szok. Wersy w rodzaju „piekło jest wszędzie, sam jestem piekłem” to materiał do nucenia przy goleniu, i mówię to bez cienia ironii.
Na koniec warto wspomnieć o perkusji, nagranej przez Wizuna. Partie bębnów są znakomite, momentami bardzo efektowne, ale nigdy przesadzone. Świetnie trzymają całość w ryzach i bez problemu dotrzymują kroku intensywnej, rozbudowanej pracy gitar. To kolejny element, który sprawia, że Zły duch brzmi tak kompletnie i dojrzale.
Celowo starałem się w tym tekście nie używać nazw stylów, bo mam wrażenie, że w tym przypadku niewiele by to dało. Muzyka Czarnej Juchy jest po prostu ponad szufladkami. To ekstremalny metal grany z wyczuciem, pomysłem i autentyczną pasją. Album, który zaskakuje, wciąga i — co najważniejsze — zostaje ze słuchaczem na dłużej. Jeśli ktoś jeszcze nie sprawdził Złego ducha, to naprawdę warto nadrobić.
Wyd. self-released, 2025
Lista utworów:
1. Arcywróg
2. Krew z krwi
3. Zły duch
4. Legenda
5. Najgłębsza bezdenna pustka
6. Bezgwiezdna martwa noc
Ocena: -9/10
https://www.facebook.com/people/Czarna-Jucha/61579772906588/































