Death Has Spoken – Elegy
(12 stycznia 2026, napisał: Prezes)

Muszę przyznać, że początek tej znajomości nie był najłatwiejszy. Dawno już chyba nie słuchałem aż tak klasycznie osadzonych dźwięków i przy pierwszym kontakcie „Elegy” zwyczajnie ciężko było mi strawić w całości „na raz”. Ten materiał nie rzuca się na słuchacza, nie stara się przykuć uwagi natychmiastowym ciosem czy jednym wyrazistym motywem. Wręcz przeciwnie — początkowo wszystko lekko się zlewa, jakby poszczególne utwory tworzyły jedną, ciągnącą się opowieść bez wyraźnych granic. Dopiero z czasem zaczyna się dostrzegać, że w tej pozornej jednorodności kryje się pewna konsekwencja i świadomy wybór estetyczny.
Muzycznie mamy tu do czynienia z doom metalem połączonym z wolnym, lekko melodyjnym death metalem, zanurzonym głęboko w klimacie lat 90. Sporo tu płynących, nieśpiesznych riffów, długich fraz i ciągnących się niemal w nieskończoność tremolowych solówek, w których pobrzmiewają delikatne ślady melodii. Momentami, zwłaszcza gdy te tremola przyspieszają, całość ociera się o obrzeża black metalu, choć są to raczej subtelne muśnięcia niż realne wejście w ten rejon. Tylko w kilku miejscach materiał wyraźniej przyspiesza, zbliżając się na chwilę do deathmetalowego ciężaru, jednak zdecydowanie dominują wolne i średnie tempa, budujące poczucie monotonii — ale tej zamierzonej, hipnotycznej, a nie przypadkowej.
Wokale idealnie wpisują się w tę koncepcję. Są dość typowe dla takiej stylistyki: trochę growlujące, trochę krzyczane, raczej mało dynamiczne, płynące powoli razem z muzyką. Nie ma tu wokalnych fajerwerków ani prób wybicia się na pierwszy plan — głos jest kolejnym elementem krajobrazu, nie jego dominantą. I właśnie w tym tkwi siła tego materiału: wszystko podporządkowane jest atmosferze, a nie pojedynczym popisom.
Klimatycznie „Elegy” bardzo mocno kojarzy mi się z brytyjską sceną death/doom lat 90. — tą bardziej melancholijną, skupioną na nastroju niż brutalności. Jest tu smutek, żałoba, pustka i rezygnacja, ale nie ma nadmiernego mroku czy agresji. To raczej spokojne osuwanie się w beznadzieję niż dramatyczny krzyk rozpaczy. I choć można powiedzieć, że nie ma tu wielu wyrazistych, zapamiętywalnych melodii, które nuciłoby się po zakończeniu odsłuchu, to całość okazuje się zaskakująco przyswajalna. Z każdym kolejnym przesłuchaniem ten świat zaczyna się układać, a poszczególne fragmenty coraz lepiej ze sobą rezonują.
Na plus wypada również szata graficzna, bardzo klimatyczna i dobrze korespondująca z muzyką — bez przesady, bez efekciarstwa, dokładnie taka, jakiej można oczekiwać po albumie o takim tytule. Całość sprawia wrażenie spójnej, przemyślanej wizji, nawet jeśli nie jest to wizja odkrywcza czy szczególnie oryginalna.
Podsumowując: „Elegy” to dobre, przyjemne w odbiorze wydawnictwo, które najlepiej smakuje na spokojnie, bez pośpiechu i bez oczekiwań na natychmiastowy efekt. Nie jest to płyta, która rzuca na kolana ani zmienia spojrzenie na gatunek, ale ma w sobie uczciwość, klimat i atmosferę, które potrafią wciągnąć. Tradycyjna melancholia, smutek i rozpacz — niby nic nowego, a jednak działa. I czasem to w zupełności wystarcza.
Wyd. Meuse Music Records, 2025
Lista utworów:
1. Within the Hills
2. Through Shaded Ways
3. Beyond the Pale Horizon
4. Solitude
5. Murmurs
6. Upon the Verge
7. Closure
8. Our Fortress Is Burning… II – Bloodbirds (Agalloch cover)
Ocena: +7/10
































