Hellspawn – Euphorias – Stories Of My Multitude
(1 listopada 2025, napisał: Prezes)

Zespół Hellspawn od lat jest jednym z tych, którzy nie potrzebują zmian dla samych zmian. Każdy kolejny album to raczej nowy etap konsekwentnej drogi niż próba zburzenia tego, co już działa. Tak jest i tym razem. „Euphorias – Stories of My Multitude” to materiał, który w pełni potwierdza, że ci muzycy wiedzą dokładnie, w jakim świecie się poruszają — i że czują się w nim jak u siebie. To płyta ciężka, bardzo fizyczna, gęsta od dźwięków, a przy tym zaskakująco przestrzenna i przemyślana.
Od pierwszych minut słychać, że to Hellspawn w najlepszej formie: masywne, siłowe riffy wciągają jak wir. Ten death metal brzmi chwilami amerykańsko, a momentami wręcz holendersko — potężny, precyzyjny i mięsisty, ale bez śladów chaosu. Nie ma tu przypadkowych dźwięków. Wszystko jest poukładane, dociśnięte, perfekcyjnie spięte w jednym kierunku: maksimum uderzenia. Jednocześnie album nie jest jednolity — pośród tej brutalnej ściany gitar co jakiś czas pojawiają się zwolnienia z bardziej przestrzennymi motywami, a nawet subtelne solówki i klawisze. To one właśnie wprowadzają powietrze i głębię w ten duszny monolit. Ich obecność sprawia, że materiał nie przytłacza, lecz oddycha. Słychać tu pomysł, a nie tylko siłę.
Brzmienie jest jednym z najmocniejszych elementów „Euphorias…”. Czyste, soczyste, selektywne – wręcz sterylne, pozbawione brudu i piwnicznej zaduchy. Nie ma tu zamglenia ani chaotycznego przesteru, wszystko jest klarowne, dzięki czemu każdy instrument ma swoje miejsce. Z jednej strony daje to przejrzystość, z drugiej może odebrać nieco pierwotnej dzikości, ale trudno nie docenić tej precyzji. Gitary są jak maszyny – rwane, szarpane, mechaniczne, a przy tym idealnie zgrane rytmicznie. Ta siłowa, niemal przemysłowa motoryka staje się osią albumu. Pomiędzy nią z kolei — orkiestracje i tła klawiszowe, które pojawiają się dyskretnie, gdzieś w tle, ale robią ogromne wrażenie. Dodają patosu i przestrzeni, budując chwilami niemal filmową atmosferę.
Na tym tle wokale wypadają bardzo klasycznie: głębokie, potężne growle, dobrze brzmiące, osadzone w miksie, ale raczej jednolite. Nie ma tu dużej różnorodności, nie ma niespodzianek — to solidne, sprawdzone rzemiosło. I choć brakuje może chwilami elementu zaskoczenia, to całość brzmi bardzo spójnie. Siła tkwi właśnie w konsekwencji. W podobny sposób można opisać samą konstrukcję płyty — z jednej strony mało jest motywów, które zostają w głowie na długo, ale z drugiej trudno nie docenić potężnej energii riffów i kilku naprawdę świetnych solówek, które przynoszą trochę melodii i oddechu.
Ta muzyka nie jest pisana pod refreny, tylko pod emocję. „Euphorias – Stories of My Multitude” to death metal z krwi i kości – gęsty, precyzyjny, miejscami monumentalny, a przy tym niepozbawiony ambicji kompozycyjnej. Można się tu doszukać echa The Monolith Deathcult – szczególnie w tych wolniejszych, patetycznych momentach, gdzie całość nabiera ciężaru niemal sakralnego. Hellspawn doskonale wie, że nie ma sensu szukać nowych lądów – wystarczy robić to, co się potrafi najlepiej, i robić to coraz lepiej. I dokładnie to słychać na tym krążku.
Nie jest to może płyta, która odkrywa coś nowego, ale to Hellspawn w swojej najbardziej skupionej, dopracowanej formie. Brutalna precyzja i przestrzenna głębia spotykają się tu w idealnych proporcjach. Siła, klarowność, patos – trzy słowa, które najlepiej opisują „Euphorias…”. I jeśli ktoś miał wątpliwości, czy zespół po latach wciąż potrafi przyłożyć z pełnym przekonaniem – ten album rozwiewa je po pierwszych minutach.
Wyd. Old Temple, 2025
Lista utworów:
1. Euphorias
2. Helel Ben Shahar
3. What Comes from Man
4. What Shall Not Stand in the Books of Nazareth
5. Elysium
6. Gospels
7. Pandemonium
8. Trinitarian
9. Infernal Descension
Ocena: 8/10
































