DøDSFERD – DISEASED REMNANTS OF A DYING WORLD
(16 października 2018, napisał: Robert Serpent)

Żeby uniknąć wszelkiej maści pomówień, podejrzeń, wytykania palcem czy innych różnych zabawnych czynów, na wstępie muszę zaznaczyć, że nic mnie nie łączy z Transcending Obscurity Records :) Owszem, często opisuję ich wydawnictwa, ale wynika to tylko i wyłącznie z faktu, że podoba mi się kierunek i rozmach z jakim działa ta coraz śmielej sobie poczynająca wytwórnia.
Tym razem padło na grecki Dødsferd, który, jeśli ktoś nie zna, nie należy do nowicjuszy. Wręcz przeciwnie, „Diseased Remnants of a Dying World” to już dziesiąty (tak, to nie pomyłka) długograj w dorobku Greków. Trio z kraju pierwszych igrzysk olimpijskich debiutuje tym krążkiem w barwach Transcending Obscurity Records.
Muszę od razu zaznaczyć, że nie do końca jestem fanem takiego rodzaju black metalu jakim para się obecnie Dødsferd. Mam na myśli depresyjne, dołujące klimaty. Pięć utworów trwających blisko 52 minuty to w głównej mierze raczej średnie tempa opatrzone (tutaj cytat) „emocjami udręki, beznadziejności i pogardy dla ludzkości i jej zdolnością do popełniania nikczemnych czynów”.
Jeśli ktoś łudzi się, że w muzyce Greków usłyszy echa specyficznego greckiego klimatu, jakimi charakteryzują się wydawnictwa największych zespołów tamtejszej sceny, to muszę z przykrością stwierdzić, że jest w błędzie.
Grecy ładnych parę wiosen tułają się już na scenie i po prostu nie wypadało przy takim stażu nagrać gniota. Odniosłem jednak wrażenie, że niepotrzebnie i tak jakby na siłę Wrath i spółka przeciągają niektóre utwory. Ktoś zaraz powie, że guzik wiem, że taki „urok” takiego grania, że ble ble ble … Dlatego właśnie, jak napisałem kilka wersów wyżej, nie jestem fanem takiej muzy. Na szczęście muzycy Dødsferd potrafią ożywić swą muzykę bardziej skocznymi, prawie punkowymi fragmentami, choćby tak jak w zdecydowanie najlepszym na płycie, bliskim ideałowi „Loyal to the Black Oath” czy też w utworze tytułowym, który jednak jest zbyt długi i odrobinkę schematyczny.
Jakby ktoś nie wiedział, wcześniej Dødsferd poruszał się w rejonach surowego black metalu i chociaż w chwili obecnej wiele naleciałości z tamtych lat w muzyce Greków nie pozostało, to jednak te szybsze, zagrane z werwą i jajcem partie, na mnie wywołują najlepsze wrażenie i dźwigają zdecydowanie w górę odczucia lekkiego niedosytu i niezadowolenia przy przydługawych zabawach w DSBM, że tak to pozwole sobie ująć. Po prostu za dużo namnożyło się ostatnio tego typu zespołów i czuję już delikatne zniesmaczenie tymi krzykami pełnymi bólu, cierpienia i innego tego typu pierdolenia.
Reasumując, muzę Dødsferd broni ich doświadczenie, gdyby nie te szybsze fragmenty to obawiam się, że mógłbym nie przebrnąć przez ten album. Nie należę do osób, które lubią się zadręczać i siedzieć w kącie płacząc jak smutna pipka (mówiąc delikatnie) i wmawiać sobie jak to jest przejebane, a niestety do tego typu odbiorców raczej skierowane są depresyjne pierdy. Zamiast płaczu i chusteczki higienicznej, wolę gardę i ochraniacz na szczękę, a zamiast łez i gilów z nosa, krew i pot kształtujący charakter. DSBM mówię stanowcze i zdecydowane „raczej nie” ;) Grecy się obronili, ale następny zespół już może tylko dolać oliwy do ognia.
Płyta do nabycia w połowie grudnia…
Wyd. Transcending Obscurity Records, 2018
Lista utworów:
1. My Father, My Wrath!
2. An Existence Without Purpose
3. Diseased Remnants of a Dying World
4. Loyal to the Black Oath
5. Back to My Homeland… My Last Breath
Ocena: -7/10
