Mezcla – Metalmorfosis
(30 marca 2017, napisał: Pudel)

Wprawdzie zespół Mezcla wywodzi się z mieszczącego się na terenie Francji Auxerre, to jednak muzycy postanowili śpiewać po hiszpańsku. Od 2002 roku – bo wtedy właśnie zespół raczył powstać – kwartet popełnił dmeo, EPkę, no i dwa duże albumy, z których najnowszy właśnie tutaj opisujemy. Kapela gra w stylu, który ciężko zdefiniować, choć bynajmniej nie dlatego, że mamy tu do czynienia z jakąś nową jakością czy czymś niezwykle oryginalnym. Nic z tych rzeczy. Goście po prostu łączą thrashowe zwykle riffy, szybkie, deathowe momentami, często też thrashowe bębny z nibygrowlem rodem z „melodyjnego death metalu”. Taka jest podstawa tej muzyki, no i cóż, albo się to lubi, albo nie. Solidnie jest, zwłaszcza te thrashowe fragmenty potrafią wybudzić… Na całe szczęście mamy tu też jednak troszkę ciekawszych elementów. Po pierwsze przytrafiają się heavymetalowe, melodyjne fragmenty, przy których nie ogranicza się to tylko do gitar, także sekcja odpowiednio w tych partiach się dostosowuje i wypada to bardzo dobrze, bez wiochy! Ogólnie gitarzyści potrafią zaskoczyć czasem jakąś fajną solówką czy dobrym riffem. Nie można powiedzieć, dzieje się tutaj dosyć sporo. Wydawca majaczy coś w notce o wpływach flamenco, ale to są pomijalnie małe fragmenty – a szkoda. Nie jest jak już wspominałem mocną stroną tej kapeli wokal. Odgłosy paszczą wydaje rytmiczny gitarzysta i naprawdę, nie wiem co o tym wokalu miałbym napisać, poza tym, że jest. Płyta ogólnie pozostawia jakieś takie… dziwne wrażenie. Bo niby jest to taki przeciętny melo-deathowy średniak. Jednak znajduję tu fragmenty, które potrafiły mnie zaskoczyć, zaciekawić czy zaintrygować. Mimo, że zespół nie sięga po jakieś niesamowite środki wyrazu, poza kilkoma spokojniejszymi wstawkami nie wychyla się poza standardy swojego gatunku. Ja bym tu oczywiście przesunął środek ciężkości z melodyjnego deathu ciążącego momentami niebezpiecznie w kierunku jakichś corów w stronę thrashowej łupanki z heavy metalowymi melodyjkami. No ale co kto lubi. Nie wróżę temu albumowi długiej kariery w moim odtwarzaczu, ale też na wymioty podczas odsłuchu mi się nie zbierało. Jest melodyjnie, ale nie mdli od słodkości, jeszcze jakby bardziej zdecydowanie momentami przyłoić byłoby naprawdę dobrze. A tak jest – oczywiście jak dla mnie – tylko nieźle.
Wyd. M.U.S.I.C. Records, 2016
Lista utworów:
01. Criaturas Indeseables
02. Sangre Y Arena
03. Mantis Religiosa
04. Luciernaga
05. Entomofobia (Instrumental)
06. Otra Dimension
07. Esfinge De La Calavera
08. L’usurpateur
09. Metalmorfosis
Ocena: 6/10

































