Qaanaaq – Escape from the black iced forest
(7 marca 2017, napisał: Pudel)

Nie wiedzieć czemu – może za sprawą tytułu płyty i okładki – ubzdurałem sobie, że zespół Qaanaaq gra jakiś wyjątkowo niestrawny leśny black metal. Tymczasem ekipa z włoskiego Bergamo porusza się tak daleko od tej stylistyki jak tylko się da. Pierwsze dźwięki zwiastują granie rodem z wczesnych lat My Dying Bride i zasadniczo nie skłamałbym pisząc, że muzyka Włochów najbliższa jest doom metalowi. Mamy więc ponure, powolne riffy gitarowe, wokalistę jadącego growlem, długaśne kawałki, tempa wolne i średnie. I w takim graniu zespół dobrze się broni, nie ma tu wprawdzie niesamowitych zmian nastroju czy tempa, jednak dzieje się sporo, riffy są ciekawe, jakieś fragmenty nawet włażą do głowy. Dla mnie jednak najlepsze tu jest to, co ten zespół odróżnia od tych wszystkich smuciarzy. Mianowicie kapela gra w składzie typowym dla rockowych kapel z lat siedemdziesiątych, tj. gitara, bas, bębny, wokal i klawisze. I właśnie ten ostatni instrument ma tutaj bardzo dużo do powiedzenia i zdecydowanie wybija się ponad standardowe udawanie smutnej orkiestry smyczkowej lub upiornych organów kościelnych. Oczywiście to nic niezwykłego, ale zawsze miło posłuchać inteligentnie użytego parapetu. Ogólnie tak czytacie pewnie i zastanawiacie się nad czym ja się tu zachwycam, ale no jakoś robi ta płyta na mnie dobre wrażenie, goście poruszają się w stylistyce, w której nietrudno o nudę, banał, wręcz śmieszność. I idealnie udaje im się omijać te niefajne rejony. Na przykład gdy patos zaczyna sięgać zenitu to dostajemy znienacka przez chwilę jakiś taneczny rytm, to znów lekko knajpiane solo organów czy coś w tym stylu. Poza tym kawałki naprawdę nie należą do krótkich – żaden nie schodzi poniżej siedmiu minut – a w ogóle się nie nudzą. Co jeszcze… panowie wymyślili sobie, że zmierzą się z utworem Pink Floyd. Padło na „High Hopes”. Jak nie jestem szczególnym fanem „Division Bell”, tak ten kawałek, choć niemiłosiernie ograny ociera się w oryginale o geniusz. No i cóż, zespołowi na Q… udało się jakimś cudem tego numeru nie spieprzyć. Został ów utwór nieco udoomowiony, a niepokojący klimat został wręcz uwypuklony. No i cóż – dobra to jest płyta, naprawdę warto się tym włoskim tworem zainteresować. Może nie jest to najoryginalniejsza rzecz na świecie, ale jest tu sporo dobrych pomysłów, jest energia i to nienazywalne coś co sprawia, że dany album się po prostu podoba.
Wyd. Another side records, 2016
Lista utworów:
1. Body walks
2. Eskimo’s wine is a dish best served frozen
3. Untimely at funerals
4. High Hopes
5. Red said it was green
Ocena: +8/10

































