Chemical Wedding – Don’t look back
(4 maja 2016, napisał: Pudel)

Francuski Chemical Wedding to dopiero podziemie. Grają heavy metal a na Metal-Archives o nich ani słowa nie znajdziemy. No chyba, że ktoś mądry tam uznał, że to rock nie metal… Ale dobra, nie o dziwacznej czasem polityce najwspanialszego portalu na świecie tutaj rozmawiać mamy, tylko o drugim albumie francuskiej grupy pod tytułem „Don’t look back”. Oczywiście, nie słyszałem ich debiutu, więc nie mam pojęcia na co też to panowie nie chcą si e oglądać do tyłu, wiem za to, że niegłupio sobie wybrali nazwę. Bowiem ich muzyka może jakoś tam przywołać skojarzenia z solowym Dickinsonem, tyle że niekoniecznie z „Chemical Wedding” a z czasu, gdy ów sympatyczny pilot samolotów, dorabiający śpiewaniem w Iron Maiden próbował unowocześnić brzmienie i dociążyć muzykę, czyli z płyty „Skunkworks”. A jeszcze dokładniej – Francuzi łączą heavy metalowe granie, takież wokale z elementami muzyki grunge, czasem trafi się jakiś czysto sabbathowy fragment (utwór tytułowy; praca gitar – miód!), czasem skręca to w niebezpieczne okolice zwane groove metal. Były jakieś piętnaście – dwadzieścia lat temu kapele, które w ten sposób próbowały trochę rozruszać wydawałoby się wtedy zupełnie martwy gatunek jakim jest heavy metal. Większość z nich dziś brzmi denerwująco i… staro. Z Chemical Wedding jest jednak inaczej. Bo niezależnie od stylistyki zespołowi udało się wykminić naprawdę dobre, chwytliwe a przy tym wszystkim nie pozbawione ciężaru kompozycje. Czasem zespół brzmi jak skrzyżowanie Black Sabbath z „Cross Purposes” (gitary, sekcja) z Alice in Chains czy nawet The Cult (wokal) a jako, że lubię te wszystkie bandy to i nie dziwne, że propozycja Chemical Wedding jak najbardziej przypadła mi do gustu. A właśnie, wokal! Niejaki Eric, odpowiadający za odgłosy paszczą jest rewelacyjny! Momentami ma się naprawdę wrażenie, jakby to Layne S. wstał z grobu i zaśpiewał na płycie nikomu nieznanej kapeli z Francji. W wyższych partiach gość też sobie radzi i mogę naprawdę tylko pochwalić ten aspekt płyty. No naprawdę ten album jest według mnie cholernie dobry – nic nowego panowie nie wymyślili, ale tez nie ma się wrażenia obcowania z muzycznym skansenem. Może tylko lekko smętny „A poor toy in your hands” można sobie było darować, ale w sumie w tle gitara tam nieomal cytuje jeden z klasyków Sabbathów, więc przymknę na to oko. Niestety, potem jest jeszcze troszkę smętów, jakby ze trzy najbardziej smętne wałki wykopać to by było pięknie. A tak jest dobrze, momentami nawet bardzo dobrze. Szkoda, że pod koniec troszkę siada napięcie (choć finałowy „My friend” to znów dobry numer), ale album i tak pozostawia po sobie jak najlepsze wrażenie. Nie mnie oceniać czy to jeszcze mocny rock, czy już metal, zresztą jakie to ma znaczenie? „Don’t look back” to dobry, gitarowy album dla ludzi po trzydziestce.
Wyd. własne zespołu, 2015
Lista utworów:
1. Supercharger
2. Dead Man Walkin’
3. Don’t Look Back
4. A Poor Toy in Your Hands
5. The Cherokee
6. Bereaved Soul
7. Save My Soul
8. Summertime
9. Space Between Us
10. Those Days
11. Goodbye Lenin
12. My Friend
Ocena: +7/10

































