Deströyer 666 – Wildfire
(20 lutego 2016, napisał: mielony)

Powrót Destroyera i możliwość odpalenia tego albumu przynosi ulgę tak wielką, jak pierwszy łyk piwerka po robocie. Od razu robi się lepiej. W końcu ostatni ich album datowany jest na rok 2009, a to jednak kawał czasu. No i było warto w chuj, bo dowalili taką płytą, że mucha nie siada. Piąty pełniak australijskich blackthrasherów gniecie pod każdym względem. Prosta, ale jakże smakowita okładka zestawiona z tymi dziewięcioma kawałkami to dzieło kompletne. Każdy z utworów ma swój charakter, nie zlewają się one w jedną breję i doskonale się dopełniają. Rozkłada mnie na łopatki na przykład taki miodny instrumental jakim jest Artiglio del Diavolo. Rozpływam się nad klimatem, którym ocieka Hymn to Dionysus. Dostaję zastrzyku energii bujając się do Live and Burn. I tak dalej. Przy każdym z tych utworów człek spędza czas doskonale. Jadę z tym albumem jak wesołek z okładki śmiga na koniu. Jest po prostu tak dobrze! Czuję ten ogień, jaki bucha ze słuchawek i jaram się przez te 39 minut niesamowicie. Wildfire to płyta pełna mocy i tak żywa, że we łbie się nie mieści. Jak widzicie, wprost posrałem się w pory na dywan z wrażenia, ale każdy z nas przy jakiejś płycie tak przeżywał. W moim przypadku jest to akurat nowy Destroyer i nic tego nie zmieni. Tyle tu diablo dobrych riffów, że spokojnie wystarczy na wiele przesłuchań, a do tego już teraz wiem, że w przyszłości będę wracał do tego krążka nie raz i nie dwa. Metal z krwi i kości, bez pierdoletów, ozdobników czy innego cipstwa. Czysty rozkurw. I dlatego biję tym typeczkom pokłony w podzięce. Dla mnie jest piknie.
Wyd. Season of Mist, 2016
Lista utworów:
1. Traitor
2. Live and Burn
3. Artiglio del Diavolo
4. Hounds at Ya Back
5. Hymn to Dionysus
6. Wildfire
7. White Line Fever
8. Die You Fucking Pig
9. Tamam Shud
Ocena: 9/10
