Pyorrhoea – I Am The War
(11 grudnia 2013, napisał: Paweł Denys)
Siedem długich lat minęło od ostatniego studyjnego albumu Pyorrhoea. W muzycznym biznesie to prawie wieczność. Wraz z wydaniem „I Am The War” dla tych warszawskich wykolejeńców zaczyna się nowy rozdział i zarazem żmudna droga do odbudowy swojej pozycji. Maniacy pewnie ciągle pamiętają ciosy, jakie otrzymali od debiutu i albumu numer dwa, ale młodsze pokolenie może zwyczajnie tego zespołu nie kojarzyć. Sam miałem taki moment, że o istnieniu Pyorrhoea zapomniałem, ale gdy tylko pojawiły się informacje o możliwości wydania trzeciego albumu, to poczułem lekkie mrowienie na plecach. Oczekiwań nie miałem żadnych, chociaż gdzieś tam po cichu liczyłem na zabijającą porcję brutalności. W sumie z tego ten zespół był znany i oczekiwać po jeżu, że przestanie nim być jest bez sensu. Sam zespół w wywiadach, których notabene na przestrzeni ostatnich lat za wiele nie było, zapowiadał powrót do korzeni, a więc miało być więcej grindu, więcej punkowej rytmiki. W rzeczy samej tak właśnie jest. Nie uświadczycie tu za wiele death metalu, który na „The Eleventh: Thou Shall Be My Slave” zdawał się przejmować wiodącą rolę w twórczości tego zespołu. Tym razem zespół odszedł od death metalowych poszukiwań na rzecz grindowego chaosu, co w ostatecznym rozrachunku wyszło materiałowi na dobre. Wszystko tu pięknie cyka, uderza ze zdwojoną mocą prosto w twarz i przelatuje niczym huragan, który pozostawia po sobie jedynie zgliszcza. Pyorrhoea jeńców tu nie bierze, a jak nawet komuś uda się pierwsze starcie przetrwać, to i tak nic nie zawróci go już z drogi, która prowadzi do nokautu. Krótkie strzały serwowane przez trzydzieści minut trwania tego materiału, to rzecz która temu zespołowi zawsze najlepiej wychodziła i nie inaczej jest tym razem. „I Am The War” to płyta wprost esencjonalna, która zawiera w sobie wszystko to, co tylko powinien zawierać dobry album grind core’owy. Żadnej rewolucji tu nie ma, nie sprawi ten album, że zespół stanie się megagwiazdą, ale coś czuję, że sami muzycy mają to głęboko w dupie i grają to, co im w duszach gra, a że wiedzą co z czym się je, to wyszedł im dzięki temu materiał, który co prawda w dyskografii zespołu nie przebija fenomenalnego debiutu, ale jest kolejnym mocnym punktem, który udowadnia, że z dawna oczekiwany powrót Pyorrhoea do świata żywych miał sens. Tyle w temacie. Tu nie ma co pisać więcej. Koniecznie posłuchajcie tylko wcześniej zabezpieczcie głowę przed niespodziewanym odlotem.
Wyd. Self-released, 2013
Lista utworów:
1. Messiah
2. Scornseed
3. I Am The War
4. We Deserve
5. Vermin
6. Lies
7. Greed
8. Filth
9. Devourmentrance
10. Monstrosity
11. Killing
12. Addiction
13. Diseaselection
14. Sodomy
Ocena: +8/10

































