Queensryche – Tribe
(4 grudnia 2004, napisał: FATMAN)
Rock progresywny kojarzy mi się z niemiłosiernie dłużącymi się kompozycjami, których jedynym celem jest pokazanie jak dobrzy od strony technicznej są muzycy danego zespołu. Sądzę, że wielu z was myśli podobnie, a może jednak się mylę? Dobra koniec z tymi rozważaniami, bo wypadałoby się wziąć za skrobnięcie paru słów o nowej propozycji panów z Seattle.
Cóż do składu powrócił DeGarmo i zaowocowało to naprawdę imponującą pracą gitar. Oczywiście, że nie mówię tu o ciężarze, ale o aranżacji ich partii i tych wszystkich smaczkach, jakie pojawiają się na krążku. Jak już wcześniej nadmieniłem „Tribe” nie powala swoim ciężarem, bo jeśli chodzi o styl to dryfuje ona raczej w stronę soft rocka, choć głównie w solówkach da się poczuć, że zespół potrafi mocniej uderzyć. Jest to na pewno krążek, który może imponować swoją nośnością oraz nowoczesnym podejściem do kompozycji. Taki utwór tytułowy mógłby spokojnie znaleźć się na jakiejś produkcji Tool. Zespół trzeba pochwalić za odważne wykorzystanie rozwiązań melodycznych luźno kojarzących się z muzyką wschodu, czego niestety często wśród topowych wykonawców nie da się niestety uświadczyć. Do moich faworytów na albumie mogę zaliczyć „Desert Dance” z wyraźną orientalną melodyką, „The Art Of Life”, w którym to najodważniej na całej produkcji szaleje przesterowana gitara oraz hymn każdego optymisty „Doin’ Fine”.
„Tribe” nie jest albumem, który pozostaje na długo w głowie. Można powiedzieć, że jest to idealna muzyka do słuchania w trakcie robienia innych rzeczy i to jest jej największy mankament. Album dobry, choć mam wrażenie, że z tego materiału można było wycisnąć znacznie więcej.
Lista utworóó
1. Open
2. Losing Myself
3. Desert Dance
4. Falling Behind
5. The Great Divide
6. Rhythm Of Hope
7. Tribe
8. Blood
9. The Art Of Life
10. Doin` Fine
Ocena: -7/10




































