Damask – Three Times Ten
(24 września 2026, napisał: Prezes)

Pierwsza myśl po kilku sekundach odsłuchu? Co to za dziwna improwizacja? Damask to projekt Weno Wintera, znanego z Sautrus, którego twórczości akurat wcześniej nie miałem okazji poznać. „Three Times Ten” jest więc moim pierwszym spotkaniem z tym muzykiem i, niestety, nie należało ono do szczególnie udanych. Trudno mi nawet wskazać jakiś dominujący kierunek stylistyczny. Przewijają się doomowe riffy, trochę psychodelicznego rocka, stonera, może jakieś gotyckie naleciałości. Do tego akustyczne gitary, funkowo pracujący bas i osobliwe solówki, które czasami sprawiają wrażenie, jakby pochodziły z zupełnie innej kompozycji. Eklektyzm na całego, tylko że mnie ta mieszanka jakoś się nie klei. Poszczególne pomysły bywają ciekawe, ale zamiast tworzyć z nich coś, co przyciągnęłoby moją uwagę, muzycy serwują mi materiał, w którym trudno znaleźć punkt zaczepienia.
Największy problem mam jednak z wokalem. Jego miękka barwa i ta specyficzna, nieco nonszalancka maniera zwyczajnie mnie drażnią. Nie chodzi nawet o to, że taki sposób śpiewania zupełnie nie pasuje do prezentowanej muzyki. Po prostu nie trafia do mnie ani trochę, a przy tak dużej stylistycznej różnorodności głos, który mógłby być elementem spajającym całość, tylko pogłębia moje poczucie obcowania z czymś mocno nijakim.
Żeby nie było, „Three Times Ten” ma też swoje momenty. Co ciekawe, najbardziej podobały mi się te najspokojniejsze, bardziej przestrzenne fragmenty, w których muzyka przestaje na siłę kombinować i pozwala wybrzmieć pojedynczym dźwiękom. Dobrym przykładem jest początek „She Is My Butterfly”, z jego tajemniczym, niepewnym klimatem. W takich chwilach zaczynałem się nawet zastanawiać, czy jednak nie znajdę tu czegoś dla siebie. Niestety, podobnych fragmentów jest dla mnie zdecydowanie za mało, a pomiędzy nimi zbyt często trafiałem na muzyczne mielizny.Przez większość czasu płyta leciała sobie gdzieś w tle, nie wzbudzając większych emocji. Kiedy próbowałem skupić się na niej bardziej, również niewiele z tego wychodziło. Kolejne zmiany nastroju, stylistyczne przeskoki i instrumentalne pomysły nie budziły we mnie ciekawości, raczej sprawiały, że coraz bardziej traciłem zainteresowanie tym, co dzieje się w głośnikach.
W wolnym kraju żyjemy. Muzykom wolno było nagrać dokładnie taką płytę, na jaką mieli ochotę, a mnie wolno stwierdzić, że najzwyczajniej w świecie mi się ona nie podoba. Doceniam chęć poszukiwania własnej drogi i nie zamierzam twierdzić, że „Three Times Ten” jest pozbawiony interesujących pomysłów. Tyle że te nieliczne momenty, które przypadły mi do gustu, nie wystarczą, żebym miał ochotę do tego albumu wracać. Być może ktoś inny odnajdzie w tym stylistycznym miszmaszu znacznie więcej przyjemności. Ja, mimo kilku prób, nie potrafiłem.
Wyd. własne, 2026
Lista utworów:
- Forsaken Me
- She Is My Butterfly
- All You Need Is
- The Very First Moments Of Consciousness
- Witness Of Lie
- Horrah
- Master
- Eye In The Sky
Ocena: 4/10






































