Temple of Decay – Profanus
(17 maja 2026, napisał: Prezes)

Mortt, czyli głównodowodzący Temple Of Decay, od lat konsekwentnie pcha ten projekt dokładnie w tym samym kierunku – ku zagładzie, bluźnierstwu i sonicznej destrukcji. I dobrze. „Profanus” nie próbuje wymyślać Temple Of Decay na nowo, nie szuka nowoczesnych patentów ani nie kombinuje, jak tu nagle przypodobać się szerszej publiczności. To nadal ten sam świat chłodu, mroku i autentycznie złowrogiej atmosfery, która była wyczuwalna już od pierwszych materiałów projektu.
Brzmienie ponownie jest zimne i brudne. Gitary tworzą zwartą, nieprzyjazną ścianę dźwięku, za którą momentami chowa się nawet perkusja – dziś raczej mało popularny zabieg, bo większość współczesnych produkcji lubi przecież eksponować każdy werbel i każde kliknięcie striggerowanej stopy. Tutaj wszystko jest bardziej zlane, duszne i przez to znacznie bardziej klimatyczne. Nad całością unoszą się lodowate tremola, a pomiędzy nimi przewijają się ponure, złowrogie melodie i okazjonalne thrashowe riffy. Temple Of Decay nadal siedzi gdzieś pomiędzy black i death metalem, ale nie daje się łatwo zamknąć w jednej szufladzie.
Tym razem tempa częściej oscylują wokół średnich rejestrów. Oczywiście zdarzają się huraganowe przyspieszenia i wolniejsze fragmenty, ale nie ma tu ciągłego napieprzania na najwyższych obrotach. Nie oznacza to jednak żadnej taryfy ulgowej – muzyka pozostaje bezlitosna, ciężka i kompletnie pozbawiona nadziei. Trochę mniej niż poprzednio jest też tych bardziej „przebojowych” i łatwo zapamiętywalnych motywów, choć nadal potrafią się pojawić i dobrze przełamują ogólną ścianę mroku. Na przykład końcówka „Miłosierdzia”, spokojniejsza, lekko marszowa z dobrze wyeksponowanym basem, doskonale kontrastuje z agresywnym i szybkim środkiem utworu.
Dużą robotę ponownie robi klimat. Wszelkie filmowe czy dokumentalne sample używane są oszczędnie i z wyczuciem – pojawiają się sporadycznie, ale zawsze trafnie podkręcają atmosferę. Nie ma tu przesady ani taniego efekciarstwa. Wokale również robią swoje – agresywne, pełne wściekłości i bardzo charakterystyczne. Do tego teksty w całości po polsku, co tylko dodaje całości jeszcze więcej jadu i tego obskurnego, bluźnierczego klimatu.
Mortt najwyraźniej znalazł dla siebie specyficzną niszę w black metalu – właściwie niszę w niszy – i czuje się w niej znakomicie. „Profanus” może nie jest materiałem przełomowym, ale jako kolejna dawka konsekwentnie budowanego sonicznego zniszczenia sprawdza się bardzo dobrze.
Wyd. Old Temple / Black Death Production, 2026
Lista utworów:
1. Wojna martwy Bóg i błazen
2. Chwalmy śmierć (Hail to Death)
3. Odrzuć swój krzyż
4. Gniew
5. Miłosierdzie
6. Bierzcie i żryjcie
Ocena: -8/10


































